ence pence

Wizyta na strzelnicy

Prezentem może być nie tylko rzecz materialna, ale także podarowanie wyjątkowych doświadczeń. Właśnie w taki sposób znalazłam się jakiś czas temu z Dżemem na strzelnicy. Otrzymaliśmy kopertę a w niej wejściówki na godzinne szkolenie z instruktorem w popularnej w stolicy Warszawiance. Nigdy nie miałam w ręce broni palnej, a na każdy większy huk reaguję podrygiem i sztywnymi mięśniami. Przed wizytą ciągle gdzieś z tyłu głowy kołatała mi myśl, że pistolet na pewno wypadnie mi z rąk i wystrzela wszystkich nas jak kaczki dziurawiąc całą powierzchnię ciała. Normalnie jak w scenach z filmów Tarantino, krew, mózg i flaki na ścianach. Oczywiście jak się domyślacie, całe te moje paranoiczne wynaturzenia nie miały miejsca podczas wizyty na strzelnicy.

Na obiekt nie można sobie tak po prostu wejść. Trzeba poczekać aż Ci otworzą. Najprawdopodobniej po to aby żaden szaleniec nie wystrzelał wszystkich  i nie uciekł na ulicę. W środku spisują dane z dowodu i wydają specjalną karteczkę, którą podaje się instruktorowi. Kolejna metoda bezpieczeństwa przed potencjalnymi Brevikami. Dostajemy nauszniki, które maja chronić przed zbyt dużym hałasem wystrzałów. I bardzo dobrze, bo nawet w nich jeszcze wiele słychać, a bez nich to wyszlibyśmy z głowami większymi niż melony.

Na nasze szczęście został nam przydzielony najlepszy instruktor z możliwych. Takiej cierpliwości i zrozumienia już dawno nie doświadczyłam. Dżem jest po przeszkoleniu wojskowym, więc latał już z karabinem i innymi żelastwami po lasach i rowach, a ja byłam kompletnie zielona w temacie. Dlatego on strzelał pierwszy a ja w tym czasie przebierałam nogami ze zdenerwowania, że może jakaś kula zbłądzi i zrobi komuś ogromną wyrwę w czaszce.

20160515_165915_Fotor

Pan instruktor tłumaczył jak załadować, gdzie otworzyć, jak zamknąć, aż powiedziałam stop. Dawaj mi tu panie już nabitą broń i daj strzelać bo i tak nic nie zrozumiem z tego monologu. Już samo uczucie trzymania w rękach śmiercionośnej maszyny sprawiło, że w żyłach adrenalina tańczyła. I pomyśleć, że po jednym wystrzale z takiego maleństwa można kogoś pozbawić życia. Straszne! Po nabiciu nabojami czuć ciężar w dłoniach. Pistolet oplatamy obiema dłońmi w specjalny sposób, by przypadkowo się nie wyślizgnęła. Każda powierzchnia skóry, każdy palec ma przylgnąć do obudowy. Dopiero gdy czuję się pewnie prostuję ramiona i wyciągam przed siebie. Bioderka do przodu i patrzenie przez muszkę. Żadnego gwiazdorzenia w stylu Jamesa Bonda. Powolne przesuwanie palcem wskazującym spust do siebie i …bach! Aż zakrzyczałam za pierwszym razem. Lufa przy wystrzale automatycznie unosi się, a fala energii rozprasza się po ramionach. Należy strzelać dopóki nie skończą się naboje. My mieliśmy kilka serii po 5 nabojów. Po każdej z serii zmienialiśmy się. Broń należy cały czas trzymać wycelowaną w tarczę. Gdy nie chcemy oddawać strzału palec wskazujący wędruje do góry, gdy strzelamy powraca na spust.

Powiem Wam, że godzina minęła mi jak kilka minut. To była świetna zabawa. Mimo, że stres, mimo, że głośno to i tak cieszę się, że wypróbowałam tego rodzaju aktywności. Niestety to drogi sport. Godzinne szkolenie z instruktorem to koszt rzędu ok. 100zł na osobę plus naboje. Za nie płaci się po treningu według zużycia oraz według rodzaju (każda broń ma swój rodzaj nabojów). Średnio jeden kosztuje 2-2,5zł. Jedna osoba może wystrzelać podczas szkolenia minimum 15-20 nabojów. Jak ktoś nieco bardziej doświadczony czy odważny to o wiele więcej. Ale warto spróbować, bo w sumie czemu nie?!