ludzie

Projekt Lady i odpowiedź na pytanie kim jestem?

Obejrzałam pilotażowy odcinek najnowszego programu z Małgorzatą Rozenek jako prowadzącą. Projekt Lady bo o nim mowa to taki kiczowaty, typowy reality show, który ma przyciągnąć gawiedź przed monitory, nabijać staty i kręcić bekę z niewinnych uczestników. Czy w tym przypadku też aż takich niewinnych? No właśnie, trudno mi powiedzieć. Lubię sobie czasami zmarnować godzinę czy dwie na oglądaniu takich pierdół, bo człowiek poważny cały czas przez życie iść nie powinien.

W wielkim skrócie: w pałacu zamykają kilkanaście dziewczyn, wybranych drogą ostrej selekcji, z różnymi problemami, zachowującymi się jak dopiero co ściągnięte z drzewa albo odciągnięte od pługa, spędzające życie w kusej spódniczce na parkietach w piwem w ręku, czyli z założenia żenada. Mają pod okiem coacha i pani od savoire vivre w ciągu niecałych trzech miesięcy stać się damami jak z obrazka. Bez przeklinania, bez przeżuwania gumy z otwartą japą oraz z perłami zawieszonymi na szyi. Projekt jest określany przez twórców jako eksperyment. Wszystko pod okiem kamery. Oczywiście z wyreżyserowanymi, ckliwymi historiami nakręconymi zanim znalazły się w programie. Dziewczyny są w różnym wieku. Pojawia się i nastolatka i babeczka tuż przed trzydziestką. Jedne chodzą do szkoły, drugie siedzą w poprawczaku, ktoś pracuje w klubie nocnym, a reszta gnije siedząc na kanapie czy na krawężniku.

pexels-photoOglądając zdawałam sobie sprawę, że tego typu programy nie mogą być spontaniczne, że montażyści i reżyser pokazują nam dokładnie wyselekcjonowane sceny z zamiarem zszokowania, wzruszenia i wzburzenia, czasami wszystko na raz, a także mogą manipulować tym jak odbieram to co widzę. Mnie zastanowiła jedna scena i myślę o niej do teraz. Pierwsze zajęcia z coachem. Dziewczyny miały za zadanie uzewnętrznić się przed grupą i opowiedzieć o tym co je boli. Polały się łzy. Były opowieści o rodzicach, którzy odpychali od siebie własne dzieci mówiąc im, że się ich wstydzą, którzy potomstwo porzucali, albo tacy, którzy wpadli w nałóg i to alkohol był ważniejszy od wszystkiego innego. To tylko kilka minut programu i zaledwie kilka urywkowych historii, ale mogą dać obraz na bardzo istotny problem, że nasza tożsamość to składowa wielu sytuacji, w których uczestniczymy. Nie zawsze z własnej woli, ale cała ich paleta zostaje później gdzieś z tyłu naszej głowy.

Założę się, że znacie chociaż kilka osób, które można określić mianem „miał trudne dzieciństwo” albo „nie pochodzi z dobrego domu” albo jak kto woli „patole”. Sęk w tym, że Ci ludzie nie urodzili się źli. Oczywiście genetycznie może z większymi predyspozycjami do czegoś tam, ale nie z misją życiową wyrytą na DNA pod kryptonimem „stać się wyrzutkiem społeczeństwa”. Zauważcie, że wielu z nich urodziło się w domach gdzie od pokoleń powiela się przykry schemat wychowania. Gdzie poniżanie, brak edukacji, agresja, nieumiejętność wyrażania ciepłych uczuć, wyniszczające nałogi czy brak empatii są na porządku dziennym. Małe dzieci chłoną jak gąbka to co widzą i słyszą, nasiąkają tą felerną atmosferą, bo nie znają niczego innego. Jako nastolatkowie przeżywają bunt i zaczyna się nakręcać spirala nieodwzajemnionych rodzicielskich uczuć, poczucia odrzucenia i zagubienia. Ta cała otoczka roznegliżowanego ciała, niemoralnych zachowań i rozbrykania to tak naprawdę wołanie o akceptację. Kończy się to zazwyczaj źle, ale dziewczyny przyjechały do programu po to aby się zmienić, bo same nie wiedzą jak to zrobić.

nature-sky-sunset-manNie zdajemy sobie sprawy z tego jak bardzo miłość i akceptacja rodziców jest potrzebna na każdym etapie człowieka, ale najbardziej wtedy kiedy zaczynamy dorastać, a nasz charakter próbuj się ukształtować. Złe metody wychowawcze, ale też każde przykre słowo potrafi wryć się w czachę tak, że nie ma bata, nie usuniesz tego. Czytam akurat bardzo poruszającą książkę o porzuconych dzieciach w Ameryce Łacińskiej, których matki wyjechały nielegalnie do USA za pracą, by móc utrzymać swoje rodziny. Rozłąka trwa latami, a poczucie odrzucenia jest tak silne, że dzieciaczki ruszają w wielomiesięczną podróż by odnaleźć swoje rodzicielki i dowiedzieć się czy te ich kochają. Ta potrzeba jest tak ogromna, że ryzykują własne życie by przedostać się do Stanów.

To jacy jesteśmy my i jacy są inni to księga zapisana przez uczucia, których doświadczyliśmy, dzieciństwo, które przeżyliśmy, osoby, które spotkaliśmy. Smutne jest to, że nie mamy wpływu na to czy urodzimy się w rodzinie żulów czy wzorcowych familii z przedmieścia, a żyć trzeba. Często zaciskając mocno zęby. Jednak będąc dorosłymi sami decydujemy kim chcemy być, a ciekawość i upór potrafią zmienić na lepsze niemal każdego.