jak zostać... ludzie piękną być

Jak zostać fryzjerem?

Jakoś tak mnie naszło na wspominki i postanowiłam napisać tekst na temat wycinka ze swojej zawodowej przeszłości. Ostatnio pytano się mnie o to i pomyślałam, że mógłby to być pomysł na nowy tekst. Co więcej pomyślałam nawet o całej serii, ale więcej szczegółów zdradzę już za niedługo.

Jak zostać fryzjerem?

Jak już pisałam na stronie O blogu jestem technikiem usług fryzjerskich po dwuletnim studium policealnym i przepracowałam w zawodzie już kilka lat. Jak w ógle do tego doszło, że zdecydowałam się na ten zawód i czy było warto. Już Wam piszę.

Po maturze miałam zupełnie inną wizję siebie. Miały być dobre, ambitne studia w Krakowie. Niestety nie udało się a ja nie chciałam czekać na kolejną szansę i nie tracąc zapału na zdobywanie wiedzy stwierdziłam, że nie zmarnuję czasu na zbijaniu bąków czy mało rozwojową pracę. Wykorzystanie czasu na nauczenie się czegoś konkretnego to był wtedy mój priorytet. Akurat był wtedy wielki bum na szkoły policealne. Usiadłam więc i przeglądałam oferty. Po wielu dniach zastanowienia padło na fryzjerstwo chociaż nie miałam z tym większych doświadczeń jak obcinanie końcówek raz do roku w osiedlowym salonie gdzie moja mama chodziła od lat.

Nauka w studium trwa dwa lata i prowadzona jest w trybie zaocznym. Są zajęcia z teorii, plus jakieś zapychacze programowe jak pedagogika czy sztuka negocjacji. Do tego pracownia gdzie poznaje się technikę i szlifuje proste zabiegi np. mycie, odżywianie, suszenie i podstawowe strzyżenie, czasami jakieś wieczorowe konstrukcje. Tak naprawdę ta cała nauka to bujda na resorach i strata czasu. Idzie się tylko po to aby zdobyć papier, który nie znaczy więcej niż ten, z którego korzystacie w toalecie. Dlaczego? Opowiem na swoim przykładzie, bo może inne szkoły trzymają poziom, w co jednak szczerze wątpię.

1. Za dużo zajęć teoretycznych oraz zajęcia, które w ogóle nie powinny być w programie, ale trzeba się stosować do przepisów, więc są. Przypominam, że ten zawód opiera się na praktyce i doświadczeniu. Nie da się nauczyć prawidłowych ruchów ręki rysując je na kartce papieru, a tak właśnie wyglądają zajęcia.

2. Na pracowni nie lepiej. Znudzona i skupiona wyłącznie na sobie prowadząca, która rzuca od niechcenia „róbcie co chcecie”. Na kilkunastu metrach kwadratowych 15-20 osób, które są kompletnie zielone w temacie, jedna myjka do mycia włosów, kończący się zapas szamponu firmy no name  i farby do włosów o tak podłej jakości, że woła to o pomstę do nieba. W rezultacie czeszemy siebie nawzajem tak jak nam się wydaje, że będzie ok. Babka podchodzi do każdego sporadycznie, najczęściej w chwili kiedy już jest za późno na uratowanie włosowego nieszczęścia.

3. Nie ma rozjaśniacza, spoko, walniemy jakieś ciepłe brązy, nikt nie zauważy różnicy; krzywo obcięte końcówki, no problem, ścinaj tak długo aż będzie prosto nawet jak to w konsekwencji wyjdzie z 30cm. Rozumiem, uczymy się, ale ogarnąć dużą grupę, która nie ma pojęcia w jaki sposób trzymać nożyczki i grzebień, a zabiera się do strzyżenia synchronicznego to nie lada wyzwanie.

4. Ta synchroniczna praca to też ściema, bo cała sala pogrązona jest w chaosie. Co chwilę większość wychodzi zapalić na papierosa. Trzeba poczekać, kolejka jest do myjki, a to, że „klienta siedzi z rozjaśniaczem na głowie już drugą godzinę nie osiąga najwyższego priorytetu.

5. Ćwiczymy na sobie nawzajem. Dopiero pod koniec czwartego semestru pozwalają przyprowadzić jakiegoś modela, najczęściej na strzyżenie bo z tym mniejsze zamieszanie. To czy ktoś pilnuje i dogląda postępów ścinania to także sprawa drugorzędna. Sama byłam świadkiem kiedy koleżanka przejechała swojemu chłopakowi maszynką bez nasadki prawie pośrodku głowy bo myślała, że tak się właśnie cieniuje. Prowadząca w tym czasie jarała kolejnego tego dnia szluga na balkonie.

6. Egzamin nadający prawo do wykonywania zawodu to już istny cyrk na kółkach. Pierwszy dzień polega na teście, czyli jak masz szczęście i jako tako coś tam kojarzysz to ustrzelisz wymaganą liczbę punktów. Drugi dzień to egzamin, o jakże dumnej nazwie, praktyczny. Tyle, że z praktyką ma niewiele wspólnego. Zorganizowanie takiego egzaminu dla każdego uczestnika to byłby nie lada koszt, dlatego siedzący urzędnicy wymyślili, że opiszemy wszystko w formie opowiadania. Dostajesz profil wyimaginowanej klientki i lecisz z koksem tworząc niejako opowiadanie co właśnie byś zrobił.

Podsumowując, po dwóch latach nadal masz sieczkę w głowie, ale papier w ręku. Niestety, ale zatrudniając się w jakimkolwiek salonie fryzjerskim zazwyczaj czeka rozmowa wstępna w formie popisania się swoimi umiejętnościami, które są po takiej szkole żadne.


Długo biłam się z myślami czy podszkolić się jakoś prywatnie i dopiero potem startować do pracy czy może iść na żywioł i nasłuchać się o sobie trochę bluzgów. Sytuacja sama się wyklarowała kiedy koleżanka sprzedała mi info, że jeden z najlepszych fryzjerów w mieście szuka kogoś do pomocy. Powiedziałam sobie, że raz kozie śmierć  i umówiłam się telefonicznie na rozmowę. Wzięłam na nią swojego brata. Dostałam pół godziny czasu aby doprowadzić jego fryzurę do porządku. Obserwowała mnie w tym czasie cała ekipa salonu. Wyobraźcie sobie jaki to był dla mnie stres. Strzyżenie nie było najlepsze, ale też nie było najgorsze, dostałam więc drugą szansę kilka dni później. Tym razem na fotelu usiadła moja przyjaciółka, proste włosy za ramiona ścinane w szpic. Poległam na całego. To była moja rozmowa kwalifikacyjna a szef salonu uczył mnie jak powinno wyglądać takie strzyżenie poprawiając po mnie każdy mój błąd. Masakra, najadłam się masę wstydu, ale przy okazji wiele się dowiedziałam. I jak myślicie, zatrudniono mnie? Odpowiedź brzmi…. TAK. Hehe, ale nie jako fryzjera, ale jako pomoc fryzjerską. Wiecie parzenie kawy, sprzątanie, umawianie klientów i mycie ich włosów i to za całe 3 złocisze za godzinę. Zgodziłam się bez zastanowienia będąc naprawdę zadowoloną i czując potworną ulgę.

Pieniądze nie miały tu żadnego znaczenia. Liczyło się to, że mogłam obserwować życie jakie toczy się w salonie oraz samych fachowców i to nie byle jakich przy pracy. A powiem Wam, że tam drzwi się praktycznie nie zamykały. To nie był przybytek gdzie taśmowo obsługiwało się ludzi przychodzących prosto z ulicy za marne 10 zyla, ale każda klientka na strzyżenie miała przygotowaną całą godzinę. Mycie i modelowanie włosów w cenie. Było elegancko, przyjemnie i kameralnie. Szef tłumaczył mi wszystko, pokazywał, namawiał do przyprowadzania swoich modeli i nie chciał za to kasy, prowadził moją rękę z maszynką tak aby każdy mój ruch miał sens. Nie mogło być miejsca na błędy. W ekipie znalazły się też dziewczyny o dobrym serduchu, które zawsze mogłam prosić o pomoc. Pół roku ćwiczeń, obserwacji i wgryzania się w ten zawód, w końcu pozwolono mi obsłużyć od początku do końca pierwszego klienta. Potem byli następni, aż stałam się pełnoprawnym członkiem zespołu.

Jeszcze kilka słów na temat szkoleń. Trendy zmieniają się tak szybko jak dziurawią się skarpetki, więc aby być na czasie i aby sprostać wymaganiom klienteli należy się szkolić. Nie warto szczędzić na to pieniędzy. Jeśli trafi się taki świetny szef jak mnie to będzie wiedział, że inwestycja w ludzi mu się opłaci. Będą zarabiać dla niego przyciągając ludzi do salonu swoją kompetencją. Na koniec dodam, że bycie dobrym fryzjerem to ciężka praca, praca nie tylko fizyczna, ale praca nad własnym charakterem. Nie raz trafi się specyficzny klient i tylko umiejętności interpersonalne mogą uratować sytuację bardziej od perfekcyjnie wykonanej fryzury. To praca często popołudniami aż do późnego wieczora, weekendami i niestety w większości na stojąco. Trzeba lubić rozmawiać z ludźmi i sprawiać im przyjemność, mieć podzielność uwagi i zdolność do myślenia wielowymiarowego. Dla wielu wizyta u fryzjera to terapia dla duszy, oczekują oni metamorfozy, która sprawi, że ich dzień będzie piękniejszy a oni sami więcej warci. Trzeba umieć temu sprostać.