kino

James Bond czy James Błąd – recenzja filmu Spectre

Uwielbieniem do Jamesa Bonda zarazili mnie rodzice. Od samego dzieciństwa ten iście brytyjski, męski osobnik strzepujący pyłek z garniaka po wybuchach w tle przewijał się od czasu do czasu na naszym ekranie.

Może trochę kiczu i bajkopisarstwa w tym jest, ale jedno pozostaje pewne – to mocna klasyka. Nie opuściłam jeszcze ani jednego filmu z tej serii, dlatego seans Spectre był dla mnie obowiązkowy.

Jaram się jak wchodzi intro ze znajomą muzyką i dobrze znanym strzałem z pistoletu, ekscytacja rośnie przy pierwszej scenie akcji, a następnie pochłania mnie fabuła. Wiadomo, że od lat wciąż taka sama. Jest szpieg, który ratuje świat przed bandziorami za pomocą super nowoczesnych gadżetów i w międzyczasie zalicza niezłe laski popijając martini. Wstrząśnięte, nie mieszane, rzecz jasna. Kto tego nie zna? Nie spodziewałam się więc w najnowszej części niczego odkrywczego, schemat mniej więcej pozostał ten sam. Miałam się dobrze bawić oglądając jak napakowany Daniel Craig biega w garniturze z bronią w ręku, a od czasu do czasu wyczekując scen kiedy ten garniak ściąga prezentując swoje bice. Jak w poprzednich częściach mi on nie pasował do tej roli, tak w Spectre na odchodne pokazał, że ze śmiercią mu do twarzy.

Agent 007 pokazał, że umie zrobić niezłą rozróbę demolując niemal w większości centrum Meksyku, urządzając rajd po ulicach Rzymu czy latając samolotem bez skrzydeł. Były eksplozje, ogień, giwery różnej maści i tajemnica kim jest ten ZŁY. Oczywista oczywistość. Nie obyło się jednak bez błędów typowo logicznych, których szpieg w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości mógłby palić się w ogniu piekielnym ze wstydu. W pewnych momentach myślałam, że scenarzystów nieźle poniósł melanż a w innych, że pisali opowieść popędzani batem i dlatego całość wyszła jak patchworkowy kocyk.

Nie to jednak było najgorsze. Pojawiło się coś co zniszczyło całą ideę jaką była postać Jamesa Bonda. Wyobraźcie sobie, że pojawił się….o zgrozo… wątek miłosny! Normalnie do tej pory nie wierzę. Oczywiście w przeszłości możemy doszukać się tzw. bardzo mięty przez rumianek kończącej się chociażby ślubem, ale w  filmach z Bondem to po prostu nie pasuje. Agent 007 to rasowy ruchacz-zabijaka, a tu wyskoczono z jakimś tanim romansidłem. Co więcej dla kobiety nasz główny bohater zamierza zrezygnować ze swojego fachu jakim jest ściganie złoczyńców, zabijanie i zostawianie za sobą pobojowiska. No to zostawił, masakrując tym posunięciem cały film.

Nawet Monica Bellucci (pojawiająca się raptem na kilka minut) nie wniosła nic dobrego. Jej gwiazda już nie świeci tak mocno, zagrała jak drewno i w sumie do tej pory nie wiem po co on tam wogóle była. Seksi blondi (Lea Seydoux), która włóczy się za Bondem jak kula u nogi też zbytnio się nie popisała. Brak mimiki twarzy i towarzyszących emocji idzie na plus tylko pokerzystom.

Ogólnie mam mieszane uczucia, bo wiem, że na tę produkcję wyłożono masę kasy by pobić poprzednie części efektami, kaskaderskimi popisami i niewiadomo czym jeszcze. Akurat tutaj nie mam zastrzeżeń, bo chłopaki dali czadu. Z drugiej strony potraktowano po macoszemu nieco fabułę, robiąc przy okazji krzywdę chodzącej legendzie jaką jest fikcyjna postać brytyjskiego szpiega.

Za to zwiastun niczego sobie :)