kino

Everest – recenzja filmu

Wędrówki górskie to od kilku lat jedna z moich największych namiętności. Kiedy więc dowiedziałam się, że na srebrne ekrany wchodzi film o tematyce górskiej i to nie byle jakiej bo o Himalajach, to nie mogłam odpuścić. Kurtka na grzbiet i hyc do kina.

Przedstawiona historia jest oparta na faktach. W latach 90′ ubiegłego wieku narodziły się wyjazdy komercyjne na najwyższe szczyty świata. W feralnym 1996 roku, czas akcji filmu, ekip organizujących wejście na Mount Everest i ich klientów było rekordowo dużo. Stwarzało to wiele problemów przy newralgicznych podejściach jak chociażby zatory. Długie oczekiwanie na swoją kolej i to w tłumie, w warunkach ekstremalnie ciężkich gdzie dodatkowo pogoda zmienia  się szybciej niż humor kobiety w czasie PMS nie mogło przynieść nic dobrego.

Historia jest prawdziwa, więc już z góry wiadomo jak się skończy, ale mimo to, ogląda się go  z ogromną nadzieją na lepszy koniec. Bohaterów poznajemy w momencie ich wyjazdu do Nepalu i towarzyszymy im podczas największej ekscytacji na początku podróży aż do tragicznego finału. Kilkuosobowa grupa wspinaczy to wiele indywidualności, ale każdy z nich pragnie jednego – stanąć na dachu świata. Wyprawa trwa wiele tygodni i okupiona jest wycieńczeniem, wychłodzeniem i tęsknotą za bliskimi. Jednak wejście tam gdzie już wyżej nie można daje ogromnego kopniaka energii. Podczas atakowania szczytu, czyli najważniejszej części całej wyprawy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Dodatkowe komplikacje wprowadza fakt, że nadciąga groźna burza, która na tej wysokości na pewno nie będzie łaskawa. I tutaj zaczyna się cały tragizm sytuacji.

cold-snow-winter-mountainTo co mi się najbardziej podobało to to, że tytułowy bohater, czyli góra Everest oraz cała natura dookoła zostały znakomicie odwzorowane. Oglądając film w trójwymiarze miałam wrażenie, że naprawdę przebywam wśród tych ludzi i doświadczam tego co oni. Kamera oddała potęgę gór, strona wizualna jest tutaj nieoceniona. Niemalże siarczysty mróz i brutalne śnieżne zawieje wychodzą poza ekran. Bezkresny lodowy krajobraz dookoła. Można poczuć piekące policzki nie tyle z mrozu co także z emocji. Prawie zdarłam sobie paznokcie do kości z powodu przeżywania losu bohaterów.

Film jest niespieszny, brakuje tutaj typowo holiłódzkich efektów, zwrotów akcji, wybuchów i fajerwerków. Dzięki temu jest bardziej naturalny i oddaje historię taką jaka była naprawdę. Jednocześnie dając możliwość utożsamiania się z poszczególnymi osobami, które brały udział w ekspedycji.  Obserwujemy nieludzką wręcz walkę o przetrwanie, o każdy krok do przodu, o każdy haust tlenu. Dopiero teraz można zdać sobie sprawę jak bardzo jesteśmy bezradni wobec sił natury i potęgi ziemi, które są bezduszne wobec naszych wysiłków.

Jestem pod wrażeniem tego co zobaczyłam i jednocześnie mi smutno, że cała historia nie ma dobrego zakończenia. Nie mniej jednak ta produkcja okazała się być nieco inna od komercyjnej sieczki serwowanej na co dzień. Czyni ją to taką perełką pośród innych filmów katastroficznych. Polecam